„To nie jest biurokracja. To tortury”. Doświadczeni imigranci dzielą się tym, co leży im na sercu — krzyk duszy
Dwie historie o tym, jak europejska biurokracja utrudnia życie Białorusinom w Polsce.
Dwie historie o tym, jak europejska biurokracja utrudnia życie Białorusinom w Polsce.
Dwie historie o tym, jak europejska biurokracja utrudnia życie Białorusinom w Polsce.
Od masowej relokacji Białorusinów do Polski minęło już pięć lat i większość jako tako się zaadaptowała — mają mieszkania, pracę, płacą podatki. Gdyby nie niekończące się oczekiwanie na dokumenty z urzędów, integrację można by uznać za całkiem udaną. Tyle że opóźnienia w legalizacji nie są problemem samym w sobie — pociągają za sobą komplikacje w bankach, w biznesie, w placówkach edukacyjnych, podczas podróży, a nawet zwyczajnie na ulicy (gdy cudzoziemca zatrzyma patrol, a ten nie będzie miał przy sobie ani karty pobytu, ani paszportu, może skończyć się to zatrzymaniem i mandatem).
Zebraliśmy dwie historie Białorusinów, którym już się przejadło.
«Mój poziom lęku jest nie do zniesienia. Brak kart, brak zaświadczenia, pozbawienie nas 800+, skończył się paszport, do Białorusi pojechać nie można, nie można się zameldować, bank ma to w nosie, zdrowie siada, liceum pyta o podstawę naszego pobytu w Polsce, kredytów nie udzielają, nie można zamknąć sprawy o tzw. pasożytnictwo społeczne, nie można sprzedać mieszkania, a kredyt na Białorusi zamknąć można tylko osobiście. Czy w ogóle jakiś człowiek jest w stanie to wszystko wytrzymać?» — napisała na grupie dla migrantów Białorusinka mieszkająca w Polsce.
Kobieta opowiedziała nam szerzej o swojej sytuacji i podzieliła się przemyśleniami na temat położenia migrantów w Polsce.
— Największy problem to brak koordynacji między instytucjami. Skoro rozpatrywanie wniosków o kartę pobytu trwa tak długo, to niech przynajmniej wszystkie urzędy będą tego świadome. Tymczasem odebrano nam 800+ (świadczenie na dziecko w wysokości 800 złotych — devby) — i to ma być normalne?
Płacimy ogromne podatki, odprowadzamy składki do ZUS-u — a więc do tego samego systemu. Czyli człowiek pracuje, płaci ubezpieczenie, a ten sam urząd kwestionuje, czy legalnie wypłaca mu się zasiłek na dziecko.
Nasze karty pobytu (jak u wielu innych) wygasły, a o nowe złożyliśmy wnioski na długo przed upływem ważności starych. Dokumenty są więc w trakcie rozpatrywania. Czerwoną pieczątkę (stempel w paszporcie lub na dokumencie potwierdzającym złożenie wniosku o kartę pobytu — devby) wysłaliśmy do urzędu i na tej podstawie urzędnicy przyznali nam nawet «Dobry Start» (jednorazowe świadczenie w wysokości 300 złotych na dziecko na wyprawkę szkolną — devby).
Podsumowując: dziecko przez pięć lat chodzi do szkoły, rodzice płacą podatki, a jedynym problemem jest to, że zamiast karty pobytu mamy w paszporcie czerwoną pieczątkę. I nagle okazuje się, że ci sami urzędnicy, którzy przyznali nam «Dobry Start», prowadzą równolegle postępowanie w sprawie pozbawienia nas świadczenia 800+.
Co więcej, chodzi nie tylko o odebranie zasiłku dziecku, które chodzi do szkoły, a którego rodzice sumiennie — właśnie z tych 800+ — płacą podatki, lecz także o to, byśmy zwrócili już wypłacone środki — licząc od początku okresu, kiedy nasze karty «nie są ważne».
Choć w istocie są ważne! Zgodnie z polskim prawem przebywamy w Polsce legalnie przez cały czas, gdy trwa rozpatrywanie wniosku o przedłużenie. Rozumiem, że powinniśmy byli dostarczyć zaświadczenie (dokument z urzędu potwierdzający złożenie i rozpatrywanie wniosku o kartę pobytu), ale na nie też jest kolejka!
I tak jest ze wszystkim. Ze szkołami, liceami, bankami, szkołami muzycznymi, pracą. Przecież można by przy okazji wydawania czerwonej pieczątki od razu wystawiać to zaświadczenie! Nie — trzeba potem iść osobno, domagać się, płacić za zaświadczenie. To nie jest już zwykła biurokracja, to prawdziwe tortury i naruszenie praw człowieka.
Do tego zupełna bezkarność odpowiedzialnych osób. Niekompetencja pracowników — od lekarzy i nauczycieli po pracowników banków — nie jest w żaden sposób naprawiana ani karana. Żaden z tych urzędników się nas nie boi — pozbawionych praw, dokumentów, a często i pracy (bo spróbuj się zatrudnić). Wszyscy chętnie na nas żerują.
Lekarz, który wyrzucił pacjenta po zawale z programu rocznej opieki, po prostu sobie pokpi: «Tu nie Ukraina». Swoją drogą — nie jesteśmy Ukraińcami, ale nawet gdybyśmy byli, to co? To się nazywa cywilizacja? To po prostu wstyd.
Po co chodzić do urzędu pracy i pokazywać dyplomy, skoro nic z tego nie wynika? Po co te wszystkie programy w stylu «Druga szansa», finansowane z funduszy europejskich, skoro to zwykłe pranie pieniędzy? Pomoc — zerowa, za to nieustanne kłody pod nogi, szykany nawet wobec dzieci.
Lepiej weźcie te mózgi, które do was przyjeżdżają, i z ich pomocą naprawcie system ochrony zdrowia, edukacji, bankowości i resztę. Bo tak to żadna demokracja.
Witalij, programista:
— Opowiem, jak niedawno poszedłem do polskiego banku bez ważnej karty pobytu. Mam tam konta od ponad trzech lat — wpływa na nie wynagrodzenie, z nich spłaciłem (w całości) kredyt hipoteczny. Potrzebowałem zbiorczego wyciągu z kont z pieczęcią bankową (z aplikacji czegoś takiego nie wyciągniesz) — żeby w urzędzie wyrobić zaproszenie dla rodziców. Przy okazji: samo zaproszenie robi się teraz dwa miesiące.
Przychodzę do oddziału, pani zagląda na moje konto i zmienia wyraz twarzy: «A pan nie ma karty pobytu?». Moje konto jest powiązane z paszportem — ważnym. Tłumaczę, że plastiku jeszcze nie ma, ale pozytywna decyzja już została wydana, wkrótce przyjdzie pocztą.
Prosi o pokazanie czerwonej pieczątki w paszporcie — tam widnieje grudzień 2024. Nie, to zbyt dawno, nie przechodzi. Niech pan przyjdzie po wyciąg, kiedy będzie miał dokument.
Czyli bez karty odmówiono mi nie tyle skorzystania z nowej usługi, ile dostępu do informacji o usługach, które bank już mi świadczył. I o to rozbił się mój plan spotkania z rodzicami.

Nie winię konkretnej pracownicy — jest trybikiem w tej machinie. Ale jak można było stworzyć tak patologiczny system? Eurourzędnicy jesienią 2025 roku walnęli kolejną serię sankcji przeciwko Białorusi i Rosji, nie zadając sobie nawet podstawowego trudu, żeby sprawdzić, jak wygląda sytuacja w Polsce. Nie interesuje ich, że urzędy są po uszy w sprawach migracyjnych i że ludzie czekają na kartę pobytu latami.
W Brukseli uchwalono te bezsensowne ograniczenia i naciskają na banki, banki naciskają na klientów: przynieście karty pobytu. No jasne! Nie mogą przecież wpłynąć na urzędy, żeby wydawały karty pobytu w ciągu miesiąca. Szeregowi urzędnicy, widząc białoruski paszport, boją się i wolą od razu odmawiać — na wszelki wypadek. A na ludzi wszyscy gwiżdżą. W takich momentach człowiek czuje się naprawdę podle.
Kiedyś niektóre banki otwierały Białorusinom konta bez karty pobytu — teraz to chyba już nigdzie niemożliwe. Gdy skończyła mi się karta, po kilku ostrzeżeniach wyrzucił mnie Revolut. Zdjęcie czerwonej pieczątki przedłużyło obsługę o kilka miesięcy, ale potem przysłali ostateczny termin. (Grozili usunięciem konta, ale gdy wróciłem 6 dni po wyznaczonej dacie, wirtualne karty i historia transakcji były na miejscu. Czyli grozili, grozili, ale konta w pełni nie usunęli).
Poszedłem wtedy do VeloBanku (dawny Getin Bank): chcę otworzyć konto. Ale pani mówi: nasz system jest zbudowany tak, że przyjmuje tylko kartę pobytu — nie możemy wprowadzić numeru decyzji ani czegokolwiek innego.
A dalej będzie tylko gorzej. Wiosną 2027 roku wygaśnie PESEL UKR (numer identyfikacyjny potwierdzający ochronę tymczasową dla obywateli Ukrainy, którzy przybyli do Polski po 24.02.2022, zapewniający legalny pobyt, prawo do pracy, opieki zdrowotnej i świadczeń socjalnych — devby). Oznacza to, że ogromna liczba osób, które dotychczas pracowały na tym statusie, wkrótce ruszy do urzędów, składać wnioski o kartę pobytu.
I wtedy urzędy definitywnie staną w miejscu. Ostatnim razem, gdy widziałem swojego inspektora, za jego plecami stało sześć–siedem dwumetrowych szaf — wszystkie wypchane teczkami z aktami spraw.
Na szczęście w polskich instytucjach ludzki czynnik czasem jednak ratuje sytuację. W innym oddziale mojego banku pracownik wyciągnął mi wyciąg z kont i pomógł załatwić pozostałe sprawy.
Moim szczęściem jest też to, że po półtora roku oczekiwania dostałem właśnie nową kartę pobytu. Czuję się jak po wygranej na loterii. Choć w rzeczywistości to tylko mały etap długiej drogi (żona wciąż czeka na kartę pobytu, a dziecko urodzone w Polsce nie ma ani karty, ani paszportu) — odetchniemy dopiero wtedy, gdy dostaniemy obywatelstwo. Jeśli w ogóle je dostaniemy.


