„Firma nie ma już pieniędzy na owoce i na mnie”. Jak teraz żyją nauczyciele języka polskiego tu i tam
Czasem niepokojąco, nie zawsze dostatnio, niektórzy zmuszeni są do przekwalifikowania się, ale ogólnie życie toczy się dalej.
Czasem niepokojąco, nie zawsze dostatnio, niektórzy zmuszeni są do przekwalifikowania się, ale ogólnie życie toczy się dalej.
Czasem niepokojąco, nie zawsze dostatnio, niektórzy zmuszeni są do przekwalifikowania się, ale ogólnie życie toczy się dalej.
Masowa relokacja z ostatnich pięciu lat zwiększyła popyt na naukę polskiego po obu stronach granicy polsko-białoruskiej. Na Białorusi trend osłabł w latach 2023–2024, gdy po nalotach służb bezpieczeństwa zamknięto kilka szkół językowych oferujących kursy polskiego (jak donoszono, około 10). Wielu nauczycieli straciło pracę, a dla części z nich logicznym rozwiązaniem była przeprowadzka do Polski, gdzie konkurencja była już znaczna. Pozostali musieli szukać nowej pracy w kraju. Jak po latach wygląda rynek nauki polskiego i jak radzą sobie na nim białoruscy nauczyciele? Dowiedzieliśmy się tego, rozmawiając z dyrektorami szkół w Polsce i samymi nauczycielami.
Wydarzenia z lat 2023–2024 odcisnęły silne piętno na branży: mimo że kilka szkół nadal może działać, niepokój związany z zawodem podzielają nauczyciele nie tylko na Białorusi, ale i w Polsce.
«Pracują u nas także osoby pozostające na Białorusi, które nie chcą, aby ktokolwiek wiedział, że uczą polskiego» — opowiada założyciel jednej z polskich szkół online.
«W ostatnim roku życia w Mińsku bałam się mówić, że jestem nauczycielką» — potwierdza ten nastrój prywatna korepetytorka, która wyemigrowała do Polski. «I do tej pory, gdy pojawiają się uczniowie z Białorusi, wypytuję ich, skąd są i gdzie pracują».Według niej pozostałe szkoły nadal uczą języka, ale «kategorycznie nie uczą już historii i kultury Polski ani nie przygotowują do Karty Polaka».
Według niej pozostałe szkoły nadal uczą języka, ale «już kategorycznie nie uczą historii i kultury Polski, ani pod Kartę Polaka».
Popyt na naukę polskiego ostatnio spadł — zarówno na Białorusi, jak i w Polsce, twierdzi większość naszych rozmówców. Tak opisują sytuację na rynku:
Problem polega nie tylko na tym, że fala migracji prawie zanikła, ale także na kumulacyjnym efekcie nauczania. Według naszej rozmówczyni w Polsce pojawiło się mnóstwo spontanicznych nauczycieli bez formalnego wykształcenia, którzy przeprowadzili się 3–5 lat temu, szybko nauczyli się języka i teraz uczą na poziomach początkujących za grosze.
Jeśli wcześniej było zapotrzebowanie na nauczanie od podstaw lub «dla odhaczenia», teraz wielu zbliża się do karty rezydenta UE lub zezwolenia na pobyt stały i szuka pomocy w przygotowaniu do egzaminu certyfikacyjnego B1–B2. A po pomyślnym zdaniu egzaminu już nie potrzebują usług korepetytorów.
Kolejna zmiana na rynku: całkowicie zniknął popyt na przygotowanie do NIL (Egzaminu Językowego Naczelnej Izby Lekarskiej, obowiązkowego egzaminu dla lekarzy dentystów), choć wcześniej było wiele zapytań — twierdzi założyciel szkoły.
«Z tego, co rozumiem, zmieniły się wymagania: na tymczasowym pozwoleniu można pracować pięć lat bez zdawania tego egzaminu» — wyjaśnia.
Niemniej nie oznacza to, że rynek całkowicie zubożał.
«Popyt wciąż istnieje, być może trzeba obniżyć cenę i zbierać mini-grupy» — mówi założyciel szkoły.
A były dyrektor szkoły, który działa teraz na własną rękę, stwierdza, że «uczniów jest mnóstwo, wszystko zależy od ceny — na każdą ofertę znajdzie się popyt i odwrotnie».
Jeśli chodzi o koszt lekcji, przynajmniej w Polsce wzrósł.
«Cena wzrosła o około 20% w ciągu ostatnich kilku lat» — mówi korepetytorka z Warszawy. «Jest to związane ogólnie z gospodarką i wzrostem cen wszędzie».
Z naszych rozmów wynika, że dzięki technologiom online rynek nauki języka polskiego stał się transgraniczny. Wielu nauczycieli pozostających na Białorusi pracuje ze szkołami i klientami w Polsce — są poszukiwani, ponieważ zwykle pobierają niższe stawki. Z drugiej strony nauczyciele, którzy wyjechali do Polski, nadal znajdują uczniów na Białorusi.
Kim są ci uczniowie?
«Dzieci przygotowujące się do nauki w Polsce, rodzice emigrantów, którzy często odwiedzają swoje dzieci» — wymienia nauczycielka. «No i sami przyszli migranci. Choć przepływ emigracji się zmniejszył, nadal są ludzie planujący przeprowadzkę».
Oczywiście część nauczycieli po zwolnieniu musiała szukać dla siebie miejsca w pokrewnych zawodach. Nasi rozmówcy mówią, że niektórzy pracują zdalnie dla polskich firm (z innych branż), a bardzo wielu równolegle z prywatnymi lekcjami polskiego uczy w szkołach języka białoruskiego lub rosyjskiego. «No i korepetycje zawsze były i będą chlebem nauczycieli» — dodaje rozmówca.
Na decyzję o wyjeździe lub pozostaniu wpływało przede wszystkim poczucie (nie)bezpieczeństwa — uważa założyciel szkoły w Polsce. «Pracować można także online, dla wielu ten format jest nawet lepszy niż chodzenie do biura» — zauważa.
A czy Białorusinom udaje się przyciągać uczniów spoza białoruskiej społeczności?
Prawie nie — mówi nauczycielka. «Wszyscy uczą głównie w swoim kręgu narodowym» — wyjaśnia. «Wielu uczniom, szczególnie na początku nauki, trzeba wyjaśniać trudne miejsca w ich rodzimym języku, a ja na przykład nie znam dobrze ukraińskiego. Z tego samego powodu nie słyszałam jeszcze dobrych opinii o polskich nauczycielach».
Podsumowując: w tej chwili wszyscy jakoś sobie radzą. Ale nikt nie mówi o nauczaniu polskiego jako o pewnym zawodzie z dużą perspektywą. Przeciwnie, dzielą się planami zmiany lub korekty zatrudnienia. Oto dwie historie na ten temat.
— Jestem nauczycielką z kierunkowym wykształceniem i siedmioletnim stażem. Wyjechałam z Mińska jesienią 2022 roku, gdy zaczynały się prześladowania szkół językowych. Znalazłam pracę w zawodzie w białoruskiej firmie IT, która relokowała swoich pracowników do Warszawy. Pracowałam tam dwa lata — do momentu, gdy w firmie skończyły się pieniądze na takie bonusy korporacyjne jak ja i owoce w czwartki. Niestety pewnego dnia nie dano mi obiecanego obciążenia i musiałam przejść na działalność na własny rachunek.
Przez jakiś czas próbowałam kontaktować się ze szkołami językowymi otwartymi przez Białorusinów w Polsce i, delikatnie mówiąc, byłam zaskoczona ich warunkami:
Dlatego otworzyłam działalność i zaczęłam pracować samodzielnie.
To nie jest łatwe. Praca nauczyciela jest mocno sezonowa: uczniowie stabilnie zgłaszają się tylko jesienią i zimą, a wiosną i latem wszyscy odpoczywają. Podatek jest tu rozsądny, 8,5%, ale ZUS… To już inna historia.
Pracuję 5–6 dni w tygodniu, mam 1–2 grupy i 13 prywatnych uczniów. Zarobek wystarcza na opłacenie normalnego mieszkania, psa i mini-podróże kilka razy w roku. Nie wystarcza na duże podróże, kredyt na mieszkanie i czerwoną rybę nie z promocji. Ogólnie mój poziom życia jest teraz wyższy niż był w Białorusi i nie chcę go tracić.
Jestem jeszcze bez związku i tę drogę na emigracji przechodzę sama. Aktywnie prowadzę media społecznościowe i uczestniczę w życiu białoruskiej społeczności. Duża część życia to styl «walcz albo giń».
Uważam, że dla nauczycieli perspektywa kariery jest jedna — własna szkoła językowa. Tego kategorycznie nie chcę. Dlatego cały czas znajduję dodatkowe prace dorywcze i rozpoczynam karierę w zupełnie innej branży — jako konferansjerka. Towarzyskość i empatyczność doprowadziły mnie do tego.
— W 2015 roku założyłem na Białorusi szkołę języka polskiego PanProfesor. Kierowałem nią stacjonarnie do wyjazdu do Polski w październiku 2022 roku, a następnie online do grudnia 2023 roku, kiedy to do szkoły przyszli funkcjonariusze i zalecili jej zamknięcie. Przez długi czas byliśmy największą szkołą języka polskiego — miesięcznie mieliśmy do 400 uczniów i 15 pracowników. Po zamknięciu niektórym z nich jeszcze przez około rok wypłacałem zaległe pensje z własnej kieszeni i około pół roku prowadziłem zajęcia z grupami, które zapłaciły za kurs.
Obecnie zajmuję się, w zasadzie, tym samym co wcześniej, tylko na własną rękę. Otworzyłem działalność, prowadzę zajęcia indywidualne i w grupach 2–4 osobowych, mam kontrakt z dużą firmą IT i szkolę ich pracowników. Uczniów jest wystarczająco. Zawsze byłem raczej drogim nauczycielem, ale dziś nadal mam klientów — niektórym nawet muszę odmawiać.
Jednocześnie podejmuję próby zostania tłumaczem przysięgłym. Wymaga to zdania specjalnego egzaminu na tłumacza przysięgłego, przeprowadzanego przez Ministerstwo Sprawiedliwości. Próbowałem kilka razy: część pisemną udawało mi się zdać, ale ustna jeszcze mi się nie poddała.
Część pisemna wygląda tak: dwa teksty z rosyjskiego lub białoruskiego trzeba przetłumaczyć na polski i dwa — w drugą stronę; na wszystko jest 4 godziny i można korzystać z własnych słowników papierowych. W każdej parze jeden tekst jest prawniczy, drugi — na temat społeczny, socjalny, polityczny, ekonomiczny lub medyczny, czyli też niezbyt prosty. Próg zaliczenia to 75%. Na egzaminie ustnym wszystko to samo, tylko na każdy tekst daje się zaledwie kilka minut.
Egzamin pisemny zdałem na 80%, ustny — na 65%, co też jest wysokie, ale niewystarczające.
Oprócz tego kończę pracę nad rozprawą doktorską na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Temat — «Majątki i sprawy gospodarcze Bogusława Radziwiłła». Odbywam staż na Uniwersytecie w Białymstoku.
Można powiedzieć, że teraz ogólnie jest w porządku — dla człowieka, który nigdy nie planował mieszkać w Polsce, choć miał wszystko, co potrzebne (język, pochodzenie, przyjaciół, znajomych, kontakty itd.).


Релоцировались? Теперь вы можете комментировать без верификации аккаунта.